Adam Adamus wspomina: – Był potencjał na ekstraklasę

W trzeciej części swoich wspomnień z gry w naszym klubie Adam Adamus opowiada o warunkach jakie Avia zapewniała zawodnikom i porównuje je z innymi klubami w tamtym czasie, czyli na początku lat 70-tych. Na zdjęciu powyżej mamy kadrę zespołu z końca sezonu 1972/73, kiedy to decyzją PZPN o powiększeniu II ligi Avia znalazła się na zapleczu ekstraklasy. Stoją od lewej: Aleksander Bachur (kierownik drużyny), Edward Niedźwiedzki, Zbigniew Kondziak, Roman Nowosad, Mieczysław Wężyk, Wiesław Grudziński, Andrzej Dyński, Bogdan Bukowski, Grzegorz Gronowski, Franciszek Golik, Lucjan Oskroba, Janusz Sputo, Czesław Krygier (asystent trenera) i Jan Golan (trener). Siedzą od lewej:  Ryszard Andrzejczak, Andrzej Oryszko, Waldemar Krzyżanowski, Kazimierz Motylewski, Adam Adamus, Ireneusz Adamus, Wojciech Konf, Henryk Szymkiewicz. Po dojściu Janusza Żmijewskiego, Jerzego Mikulicza oraz Witolda Synoradzkiego w kolejnym sezonie żółto-niebiescy utrzymali drugą ligę dla Świdnika. Według pana Adama nasz klub miał wówczas potencjał nawet na walkę o jeszcze wyższe cele.

Generalnie kluby w tamtym czasie zapewniały podobne warunki. Wszystkim na wszystko wystarczało. To, że zarabialiśmy więcej od średniej krajowej, czy też mniej w danym klubie nie miało zbyt wielkiego znaczenia. W sklepach raczej była pustka, nie było do kupienia wartościowych rzeczy. O samochodzie raczej można było pomarzyć. Nie mówiąc o mieszkaniu, które można było dostać z jakiegoś przydziału. Ja w wieku 24 lat otrzymałem w Świdniku zakładowe mieszkanie. Czy to było normalne?! Ile rodzin, często wielodzietnych, czekało na taki przydział latami! A taki młokos jak ja, młokos, który parę razy dobrze kopnął piłkę, dostał mieszkanie po to by chciał zostać dłużej w klubie. Oczywiście to mieszkani było dla mnie wielką wartością, która procentuje niemal do dziś.

Idąc do Legii, a potem do Bałtyku, oprócz środków na zagospodarowanie, stawiałem podobny warunek: mieszkanie. Kto wie czy nie dzięki mieszkaniu w Warszawie poznałem piękną i wspaniałą kobietę, która od 1975 roku jest moją żoną. Urszula, wówczas studentka ostatniego roku na germanistyce Uniwersytetu Warszawskiego, w ostatnim semestrze przeniosła się z akademika do mnie. Żonę poznałem dzięki temu, że dorabiała na korepetycjach ucząc córkę mojej kuzynki. Przy okazji przypadkowej wizyty u kuzynki spotkałem właśnie Urszulę, która szalenie mi się spodobała. Poprosiłem siostrę o zaaranżowanie spotkania w formie kolacji w jej domu i tak to się zaczęło. Po kolacji, zaprosiłem ją do mieszkania na kawkę i… do dziś jesteśmy razem. To, że dzisiaj mogę się pochwalić, że mam wspaniały dom i największą wartość, jaką jest gwarancja bezpiecznej przyszłości, zawdzięczam właśnie Urszuli.

Ale się zagalopowałem nie pisząc na temat.Wracając do warunków w Avii to były one bardzo dobre, nam nic w końcu nie brakowało. Ludzie klubu i znaczna część pracowników na zakładzie chciała w swoim mieście dobrej piłki. Myślę, że nie został wykorzystany potencjał jaki wówczas drzemał w tym klubie. Sądzę, że dawniej podobnie, jak w wielu innych klubach tzw. działacze oddawali serce klubowi, ale nie umieli nim zarządzać. Menedżerka jako taka była wówczas abstrakcją. Działało się na nosa. Transfery były często nieprzemyślane. Ściągało się zawodników przypadkowych, często po kontuzjach, nikt tego nie sprawdzał, ot i chyba cała prawda.

Najgorsze warunki organizacyjne i finansowe spośród klubów, w których grałem, były w Olimpii Poznań. W porównaniu Świdnik to była „Kanada”. W Legii zarabiałem może 1000 lub 1500 zł więcej niż w Avii, ale to w praktyce nie robiło większej różnicy. Najlepsze warunki były w Bałtyku dzięki wspaniałemu prezesowi, niestety już świętej pamięci Januszowi Gajewskiemu. Cóż to był za człowiek. Wielka kultura osobista, wspaniała prezencja, a do tego wielka umiejętność współpracy i zarządzania ludźmi. W owych czasach uchodził on za jednego z najlepszych „ rozgrywających” w Polsce na równi z samym Ludwikiem Sobolewskim z Widzewa. Takiego człowieka brakowało w Świdniku. Gdyby się znalazł, pewnie byłaby – podobnie jak w Gdyni – ekstraklasa. Jaką mieliśmy konkurencję w postaci fanatycznie ulubionej w Gdyni Arki! A facet i tak dawał radę!

Prezes Avii Roman Wallner był ciekawym człowiekiem. Chciał zrobić wiele dla klubu. Trochę zawierzał podpowiedziom innych, gdyż sam na piłce nie znał się najlepiej. W pewnym momencie, chyba ”dzięki” konkurencji, ciągano go po sądach. Sam zeznawałem jako świadek. Chodziło prawdopodobnie o niegospodarność. Od tego momentu pan Roman już nie był sobą i kto wie czy to nie było przyczyną słabszych od oczekiwanych wyników. Po za tym Avia była klubem wielosekcyjnym. Pamiętajmy o wspaniałych wynikach siatkarzy, bokserów i pływaków. Pewnie było to zasługą ówczesnych działaczy na czele z prezesem. Z pewnością łatwiej jest zrobić sukces w innych dyscyplinach niż w piłce, która rządzi się swoimi specyficznymi prawami.

Jaka była atmosfera w klubie? Szczerze tęsknię za tamtym okresem. Było super, może również dlatego, że nawet czcionki w poniedziałkowych gazetach były bardzo często przychylne mojej osobie.

CDN.

Adam Adamus wspomina: – Na Avię namówił mnie brat

W tym roku przypada okrągła czterdziesta rocznica pierwszego awansu Avii do II ligi. Z tej okazji prezentuję dziś pierwszą część wspomnień jednego z głównych autorów tego sukcesu. Adam Adamus, bo właśnie o napastnika Avii z początków lat 70-tych chodzi, mieszka dziś w Gdyni i pracuje jako nauczyciel wychowania fizycznego w tamtejszym Zespole Szkół Mechanicznych. Pomimo tego, że ostatnio boryka się z kłopotami zdrowotnymi, na prośbę o podzielenie się wspomnieniami ze świdnickich czasów zareagował bardzo pozytywnie. Od razu stwierdził: – Cieszy mnie, że ktoś ma taką pasję i chce przekazywać takie informacje potomnym. Oczywiście z przyjemnością opowiem panu na pytania i postaram się dodać coś bardziej lub mniej istotnego od siebie. Cieszę się, że trafił mi się ktoś taki jak pan, gdyż pobyt w Świdniku bardzo mile wspominam z różnych powodów, szczególnie zaś sportowych. Uważam, że w Avii osiągnąłem apogeum piłkarskich możliwości. Później, mimo że grałem także w pierwszej lidze, przyplątały się różne kontuzje i gra nie sprawiała mi już tyle radości co właśnie w Avii.

Starsi kibice oczywiście to wiedzą, ale młodsi niekoniecznie, przypominam więc, że Adam Adamus grał w żółto-niebieskiej koszulce przez trzy sezony (lata 1971-74). Zdobył pierwszą bramkę dla Avii w rozgrywkach II ligi. Był zresztą najlepszym strzelcem zespołu w drugoligowym debiucie. W Świdniku świetnie się wypromował, bo zgłosiła się po niego Legia Warszawa. Potem trafił do Bałtyku Gdynia, z którym wywalczył awans do I ligi i od razu – już jako trener – zdołał nie tylko utrzymać miejsce w elicie, ale po jesieni był wiceliderem, a w końcowej tabeli zabrakło mu punktu do miejsca na podium. Przez lata prowadził wiele ligowych drużyn, jak choćby Piasta Gliwice, Arkę Gdynia, czy Glinika Gorlice. Ale zacznijmy opowieść od początku…

Adam Adamus (z lewej) wraz z kolegami z zespołu juniorów Błękitnych Kielce w latach 60-tych XX wieku. W środku Wiesław Grzybowski, a z prawej Janusz Koneckiewicz.


Oko w oko z Piechniczkiem

Najpierw zapytałem mojego rozmówcę o początki kariery oraz okoliczności w jakich znalazł się w Świdniku:

Jestem wychowankiem Błękitnych Kielce, klubu obecnie już nieistniejącego, którego stadion mieścił się dokładnie w tym miejscu gdzie dzisiaj gra Korona Kielce. Ciekawostką może być fakt, że w swoim debiucie seniorskim w Błękitnych w meczu ze Stalą Mielec (spadkowicz z ówczesnej II ligi) strzeliłem bramkę głową Zygmuntowi Kukli. Miałem wtedy 17 lat. Moimi pierwszymi trenerami byli Zdzisław Ziemba i Marian Jabłoński, a już w seniorach znany na Lubelszczyźnie Leon Kozłowski, później zaś były gracz Wisły Kraków Mieczysław Jezierski. Piłkarzem Błękitnych był wtedy Ryszard Kleszcz, były gracz Avii, który słynął ze wspaniałej gry głową. Później grał tam z dużym powodzeniem znany w Świdniku Romek Szpakowski.

Błękitni byli klubem milicyjnym czyli gwardyjskim. Kiedy znalazłem się w wieku poborowym generalicja MON i MSW nie mogła się dogadać gdzie mam służyć, a właściwie grać. Najpierw znalazłem się na siedem miesięcy w Krakowie w jednostce MON konkretnie tylko trenując i stacjonując w ośrodku wojskowego klubu sportowego Wawel. W końcu jednak wylądowałem jednostce MSW w stolicy, co oznaczało, że zostałem zawodnikiem tamtejszej Gwardii. Tam też będąc w szerokiej kadrze I-ligowego zespołu zarobiłem pierwsze poważniejsze pieniądze. Rozegrałem kilka spotkań na poziomie pierwszej ligi. Debiutowałem w meczu z Ruchem w Chorzowie na lewym skrzydle, a moim bezpośrednim przeciwnikiem na prawej obronie był sam Antoni Piechniczek. Ruch wygrał 1:0 po bramce Zygmunta Maszczyka. Katowicki ”Sport” zatytułował relację z tego meczu „Urzekający nokturn przy światłach na Cichej”.

Żywe sreberko

Większość meczów grałem w III ligowych rezerwach. W Gwardii trenowali mnie tacy trenerzy jak Jurij Kuzniecow (był reprezentantem ZSRR), Marian Szczechowicz, Henryk Szczepański, Bogusław Hajdas. Właśnie trener Szczepański zaproponował mi grę w Olimpii Poznań, gdzie został trenem. Ja wówczas, to jest jesienią 1970, ukończyłem służbę wojskową. Skorzystałem z oferty. Niestety Olimpia była na ostatnim miejscu w II lidze i spadliśmy. I właśnie w letniej przerwie 1971 r . zadzwonił mój brat Irek, że tworzy się w Świdniku nowa siła piłkarska za sprawą trenera Mieczysława Gracza i ściągniętych przez niego tzw. ”krakusów” (należeli do nich Ireneusz Adamus, Janusz Sputo i Franciszek Golik). Co ciekawe Gracz w ogóle mnie nie znał i nie widział wcześniej jak gram. Irek wiedział, że nie odmówię, ot i cała historia mojego przejścia do Avii.

Pamiętam mój pierwszy sparing w Avii w którym grało mi się znakomicie, strzeliłem chyba dwie bramki w tym jedną z około 25 m w samo okienko. Trener Gracz po tym meczu określił mnie jako „żywe sreberko”. Do Avii przyszedłem po trudnym sezonie w Olimpii, a przede wszystkim morderczym okresie przygotowawczym w zimie. Trener Szczepański słynął z ciężkich treningów ogólnorozwojowych. Prawdopodobnie po pewnym wypoczynku nastąpiła na moje szczęście u mnie duża forma sportowa. Dlaczego nie wróciłem do Gwardii lub nie poszedłem do innego klubu pierwszej ligi? Przede wszystkim Gwardia nie była moją macierzą, z drugiej strony bieżące osiągnięcia Olimpii nie budziły zbyt dużego zainteresowania zawodnikami spadkowicza. Chociaż w Olimpii byłem podstawowym zawodnikiem, grałem w pomocy i strzeliłem w jednej rundzie 4 bramki. Kiedyś po latach, będąc na wakacjach w Limanowej, spotkałem szefa wyszkolenia w Gwardii pana Klimaja, który stwierdził lakonicznie że w opinii trenerów i działaczy byłem za niski (168 cm) i stąd brak zainteresowania moją osobą. Pan Klimaj wiedział już wówczas, że słynnemu trenerowi Legii Warszawa Jaroslavovi Vejvodzie mój niski wzrost wcale nie przeszkadzał.

Kadr z nieustalonego meczu w Świdniku. Adam Adamus stoi drugi z prawej obok obrońcy z numerem 2. Avia szykuje się do wykonania rzutu wolnego.


Leżałem na pieniądzach

Wróćmy jednak do sezonu 1971/72. Po solidnym wzmocnieniu składu Avia miała walczyć o awans do II ligi. Niestety nie udało się, awansował Widzew, a świdniczanie byli na czwartym miejscu. Interesowało mnie, jak duże było w Świdniku ”ciśnienie” na promocję do wyżej klasy i jak je odczuwali piłkarze. Czy może, brakowało wtedy jeszcze zgrania w przebudowanym zespole?

Oczywiście stawiano zdecydowanie na awans. Tym bardziej, że klub dość dużo zainwestował. Nie da się ukryć, że każdy z nas otrzymał dość znacząca kwotę na tak zwane zagospodarowanie. Z tego co pamiętam to w porównaniu z moimi kolegami z Krakowa dostałem najmniej. Dla mnie, wówczas 22-latka, to i tak kwota była bardzo duża. W drugoligowej Olimpii Poznań dostałem trzy razy mniej. Jako ciekawostkę powiem, że po otrzymaniu tej gotówki rozłożyłem w hotelu na tapczanie wszystkie banknoty i się na nich położyłem mówiąc, że „od teraz leżę na pieniądzach”. Nie wiem już jak zainwestowałem te pieniądze, pewnie w nowy telewizor kolorowy Rubin tydzień przed słynnym meczem na Wembley i w umeblowanie mieszkanka, które dostałem od klubu po roku gry w Avii.

Ten sam mecz co na poprzednim zdjęciu. Adam Adamus jest w środku twarzą do bramki.


Wykradziony z Widzewa

 Nie wiem czy pan wie, że po pierwszym sezonie mojej gry w Avii, a więc latem 1972 roku, skorzystałem z propozycji gry w Widzewie. Wiozłem już zaliczkę na zagospodarowanie, mieszkałem w wynajętej willi na Widzewie. W letnim okresie przygotowawczym byłem z Widzewem na obozie w Trzciance koło Poznania. Trenerem Widzewa był Leszek Jezierski, też tyran dla zawodników w okresie przygotowawczym. Po pierwszych treningach ze schodów schodziłem tyłem. Takie były wówczas metody treningowe. Dziś jest to nie do pomyślenia. Przed pierwszym meczem ligowym zarówno Avii i Widzewa przyjechał do Łodzi w nocy prezes Roman Wallner razem z kierownikiem zespołu Olkiem Bachurem i mnie „wykradli” do Świdnika. Oczywiście najwięcej do powiedzenia miał mój brat, który namówił mnie do powrotu. Zaliczkę Avia zwróciła Widzewowi.

Wracając do pana pytania to nie chciałbym tworzyć teorii do historii. To że nie awansowaliśmy do II ligi to po prostu musiało czegoś brakować, albo przeciwnicy w tamtych czasach bili „sprytniejsi”. Rzeczywiście Avia jak na tamte czasy grała uczciwe i nie było żadnych machlojek. Pamiętam, że my piłkarze mieliśmy często pretensje do działaczy, że nie potrafią nawet „załatwić” sędziego na własnym boisku. Takie to były czasy.

CDN.

Kibice potrzebni od zaraz

Niemal 2000 widzów obejrzało derbowy mecz Avii z Hetmanem w sierpniu 2005 roku.

Po raz ostatni liczba widzów na domowym meczu Avii przekroczyła tysiąc w pamiętnym sezonie 2005/06, a więc siedem lat temu. Walczyliśmy wtedy jeśli nie o bezpośredni awans do II ligi, to przynajmniej o miejsce w barażu. Byliśmy beniaminkiem i zaskoczyliśmy swoją postawą nie tylko rywali, ale także samych siebie. I chociaż ostatecznie zostaliśmy na mecie z pustymi rękami, zajmując trzecie miejsce, to miło jest wspomnieć widok całkiem nieźle wypełnionych trybun przy Sportowej 2.

Od tamtego sezonu frekwencja na meczach Avii systematycznie spadała. Ostatnie spotkanie przed rozpoczęciem przebudowy stadionu (z Izolatorem Boguchwała) obejrzało zaledwie około 300 widzów, a przecież walczyliśmy wtedy jeszcze o awans! Obecne występy naszych piłkarzy w Poniatowej ogląda podobna liczba widzów. Gdzie się podziali kibice Avii?

Śmiejąc się z samego siebie mogę sam sobie odpowiedzieć, że wyjechali za granicę i śledzą wyniki żółto-niebieskich już tylko przez internet. Patrząc na liczbę wejść na tę stronę z Wielkiej Brytanii można rzeczywiście się z takim stwierdzeniem zgodzić. Na pewno wyjechało ze Świdnika mnóstwo sympatyków Avii, którzy zarabiają teraz na chleb w różnych krajach Europy. Ale przecież to nie może być jedyne wytłumaczenie. Pamiętam lata 80-te kiedy mieliśmy naprawdę dobrą drużynę drugoligową i już wtedy zdarzało się, że na mecz przychodziło jedynie 500 czy 700 osób. Prawda jest taka, że Avia boryka się z problemem pustawych trybun właśnie od początku owych lat 80-tych.

Wtedy jeszcze przeciętna liczba widzów, kiedy graliśmy w II lidze, wynosiła około tysiąca, a na spotkania z Motorem lub zespołami ze ścisłej czołówki rosła do kilku tysięcy. Ta średnia była jednak zdecydowanie niższa niż w poprzedniej dekadzie. Dla przykładu: pierwszy drugoligowy mecz z Motorem w Świdniku obejrzało wiosną 1974 roku około 7 tysięcy widzów! Przez całe lata 70-te dość regularnie na Sportowej gromadziło się ponad 2 tysiące ludzi. Potem jednak nastąpiło załamanie.

Avia – Hetman w sierpniu 2005. Przed chwilą Paweł Pranagal zdobył zwycięską bramkę dla Avii. Cała trybuna od lotniska była wypełniona.

Zauważyła to ówczesna prasa. W lipcu 1981 roku Kurier Lubelski donosił, że Avia w taki sposób ustawiła terminarz swoich spotkań, aby nie kolidowały z występami I-ligowego Motoru. Na Zygmuntowskie jeździła wówczas cała Lubelszczyzna, także kibice ze Świdnika. Pierwsza liga, w której nie brakowało prawdziwych gwiazd, uczestników mistrzostwa świata, działała jak magnes. Motor grał zwykle w niedzielę o godz 17 lub 18. Kurier pisał: Sekretarz FKS Avia p. Rubaj poinformował nas wczoraj, że terminy meczów Avii dostosowane będą do I-ligowych spotkań Motoru. Avia bowiem ma grać w soboty bądź niedzielne przedpołudnia. W tym samym artykule, informując o przygotowaniach drużyny do sezonu w II lidze, dziennikarz Kuriera dodawał na koniec: Zawodnicy i działacze Avii mają już dziś jedno życzenie, aby na meczach w Świdniku zawsze było dużo kibiców darzących drużynę Avii prawdziwą sympatią. Avia po prostu obawia się pustych trybun. No cóż, wypada nam ogłosić powszechny zaciąg kibiców do Avii.

Słowa te zostały napisane w przededniu statystycznie najlepszego sezonu w historii klubu, kiedy to zajęliśmy 5. miejsce w II lidze. Jak widać, już wtedy było źle ze wsparciem dla żółto-niebieskich. W kolejnych latach jeśli coś się zmieniało to niestety na gorsze.

W 1984 roku w Kurierze ukazał się wywiad z ówczesnym trenerem Avii Witoldem Sokołowskim zatytułowany wymownie: ”Czy w Świdniku nie ma kibiców?” Dziennikarz zapytał trenera: – Czego oprócz zastrzyku świeżej krwi należy życzyć trenerowi beniaminka drugiej ligi, który już 11 sierpnia staruje do walki? Odpowiedź brzmiała: – Przede wszystkim kibiców na trybunach stadionu w Świdniku. W minionym sezonie przychodziło ich na mecze 300-500. Bez odpowiedniej atmosfery podczas gry zawodnicy nie wzniosą się nigdy na wyżyny swoich umiejętności. Małe zainteresowanie piłką nożną ze strony społeczności Świdnika nie dopinguje też do pracy na najwyższych obrotach. A poza tym to żenujące, że w o wiele mniejszej od Świdnika Sarzynie na mecze miejscowej Unii przychodzi nawet 4000 kibiców.

Ten sam mecz. Po drugiej stronie stadionu przy Sportowej 2 także ciężko było znaleźć wolne miejsce.

Problem malejącej frekwencji był więc dostrzegany, ale w trakcie upływających lat nie zrobiono nic konkretnego, aby mu zapobiec. A przecież jest to temat ważny dla istnienia każdego klubu sportowego. Każdy dla swojego dobrze pojętego dobra powinien zabiegać o jak największą liczbę sympatyków. Klub posiadający wsparcie w swojej społeczności lokalnej jakoś sobie poradzi nawet w najgorszych czasach. Ten, któremu tego wsparcia brakuje, w końcu straci rację bytu. Obecnie zawodowe kluby w najlepszych ligach zatrudniają całe sztaby marketingowców, którzy mają jedno zdanie: powiększyć tzw. fanbase. Bo więcej kibiców oznacza po prostu większy przychód do klubowej kasy. W Świdniku przez lata o tym nie myślano, bo Avia miała zapewnione finansowanie z fabryki. Ale kiedy zostało ono znacznie ograniczone, klub stoczył się w piłkarskiej hierarchii o dwa poziomy. Mało brakowało, że przywitałby się nawet z okręgówką.

Uniknęliśmy na szczęście najgorszego i obecnie nie wisi raczej nad Avią widmo zagłady, jednak stary problem pustych trybun nadal istnieje. Jestem ciekaw, czy po powrocie do Świdnika na przebudowany, ładniejszy stadion Avia wreszcie zacznie przyciągać większą liczbę kibiców. I czy wreszcie w samym klubie powstanie długofalowy plan wychowania sobie kolejnych pokoleń sympatyków, abyśmy mogli kolejny okrągły jubileusz Avii świętować co najmniej w II lidze w gronie nie mniej licznym niż to widoczne na załączonych fotografiach.

Pozdrowienia z Zabrza

Wpadła mi w ręce fotografia z odręcznym dopiskiem: „Dla sympatyków piłki nożnej ze Świdnika. Marek Kostrzewa”. Pan Marek rozegrał w żółto-niebieskich barwach ponad cztery sezony poczynając od wiosny 1979 do końca rozgrywek 1982/83. W drugiej lidze wystąpił dla Avii 88 razy zdobywając 10 goli. W trzecioligowym sezonie 1980/81 zakończonym awansem był najlepszym strzelcem zespołu z 11 bramkami na koncie. Wcześniej grał w Budowlanych Lublin i Lubliniance. Działacze Górnika wypatrzyli go zdaje się w meczu 1/16 Pucharu Polski we wrześniu 1982 roku. Avia przegrała wtedy z zabrzanami na własnym boisku 0:2, ale Kostrzewa był jednym z najlepszych aktorów spotkania. Po kilku miesiącach gry w Górniku… z Knurowa znalazł się w składzie przyszłych mistrzów Polski. Odchodząc z Avii był w pełni ukształtowanym zawodnikiem (26 lat) i na Górnym Śląsku szybko się na nim poznali. Prędko wywalczył sobie miejsce w ekipie, która nie miała sobie równych w kraju zdobywając cztery tytuły z rzędu. W każdym z mistrzowskich sezonów Górnika był podstawowym zawodnikiem. Mówiło się, że ma szanse pojechać z reprezentacją na Mistrzostwa Świata do Meksyku w 1986 roku. Ostatecznie selekcjoner Antoni Piechniczek nie powołał go na Mundial, a jedyną szansę na grę w koszulce z białym orzełkiem otrzymał rok później w meczu z Holandią (0:2). Nie było piłkarza, który po odejściu z Avii osiągnął więcej niż Marek Kostrzewa. Powyższa fotografia świadczy, że nie zapomniał on o klubie, z którego wypłynął na szerokie wody i o kibicach, którzy oklaskiwali go przez ponad cztery lata. Bohater tej notki na zdjęciu klęczy jako drugi od prawej pomiędzy Waldemarem Matysikiem i Andrzejem Iwanem. Na fotografii ponadto stoją od lewej: bramkarz Eugeniusz Cebrat, Józef Dankowski, Jan Urban, Ryszard Komornicki, Adam Ossowski, Marek Majka oraz klęczą Bogdan Gunia i Andrzej Zgutczyński (proszę o sprostowanie jeśli pomyliłem któregoś z zawodników). Na moje oko zdjęcie zostało wykonane na stadionie Motoru Lublin na początku sezonu 1985/86 czyli już po tym jak Górnik wygrał pierwszy z serii czterech tytułów w latach 80-tych. Była to bardzo silna ekipa, która niestety nie miała szczęścia w prawdziwym Pucharze Mistrzów. Prawdziwym, bo z udziałem tylko mistrzów swoich krajów. Górnicy kończyli te rozgrywki kolejno po starciach z Bayernem, Anderlechtem, Glasgow Rangers i Realem Madryt.

Poniżej link do skrótu z meczu 1/8 finału Pucharu Mistrzów w sezonie 1987/88 Górnik – Glasgow Rangers z udziałem Marka Kostrzewy: