Adam Adamus wspomina: – Trener uciekł w przerwie!

Zapraszam do lektury kolejnej części wspomnień Adama Adamusa. Tym razem będzie o szkoleniowcach, z którymi zetknął się w Avii mój rozmówca, o tym jak trenowali i grali żółto-niebiescy przed czterdziestoma laty, a także trochę generalnych przemyśleń na temat pracy trenerskiej. Do tego prezentuję fotografie z domowych zbiorów pana Adama, które chyba do tej pory nie były jeszcze publikowane.

Ciekawe pytanie. Sam jestem trenerem i nie wiem jak bym się zachował przy czyjeś ewentualnie mało merytorycznej krytyce. Mam swoje lata i chyba legitymację na wyrażenie swojej opinii na ich temat. Szanuję każdego trenera, gdyż wiem jaka to jest ciężka praca, ale również mająca swoje wspaniałe uroki. Praktycznie powinienem odmówić odpowiedzi i miałbym spokój. Minęło jednak 40 lat to co mi zależy!

Piłkarze Avii w drodze do szatni po meczu wyjazdowym III ligi z RKS Ursus (0:0) pod koniec sezonu 1971/72. W środku Adam Adamus, dalej nieco zasłonięty trener Edward Wojewódzki, a z lewej Andrzej Dyński.

 

Nieświadoma ”tlenówka”

Najmilej wspominam Edka Wojewódzkiego. Mówię Edka, ponieważ spotkałem go później na Wybrzeżu, gdzie pracował m.in. w Bałtyku i Lechii. Następnie zaprosiłem go do współpracy w drugoligowym Piaście Gliwice, tak że byliśmy w zażyłych stosunkach. Wcześniej jeszcze po zakończeniu pracy trenerskiej w Gliniku Gorlice w sezonie 1983/84 (mój powrót do Gdyni i podjęcie pracy w III-ligowej Arce, z którą awansowałem notabene do II ligi) Edek z mojej rekomendacji wziął po mnie Glinik. Ja z kolei wziąłem wcześniej Glinik po szwagrze trenera Andrzeja Strejlaua Janie Złomańczuku, który teraz od lat jest w Bełchatowie. W Gorlicach na początku mojej pracy zawodnicy zwracali się do mnie ”panie magistrze”. Na moje pytanie dlaczego nie mówią po prostu ”panie trenerze” stwierdzili że mój poprzednik był zadowolony z takiego zwracania się do niego.

Edek był bardzo dobrze wykształconym trenerem, magistrem w-f starej daty. Z tego, co wiem, to w indeksie studenckim miał same piątki. Zapamiętałem go m. in. z tego – i twierdzę że robił to świadomie – iż jego wspólne, wielogodzinne bieganie z drużyną w okresie przygotowawczym i również startowym było czymś na wzór dzisiejszej tak zwanej ”tlenówki,” która jest fundamentem kondycji. Za Edka mieliśmy najlepszą kondycję. Szkoda, że my piłkarze trenowaliśmy nieświadomie, uważaliśmy że to jednostajne bieganie po świdnickim lotnisku nic nie daje, a to był zasadniczy błąd. Wszystko co robimy może być efektywne tylko jeżeli będziemy to robić świadomie. Dzisiaj bieganie tlenowe jest kanonem niemal każdego treningu. Dawniej twierdziliśmy, że tylko trening interwałowy daje pożądane efekty.

Błędem trenerskim Edka były jego rozgrzewki w formie przeskoków przez dziesięć płotków lekkoatletycznych. ustawionych po przekątnej piaskownicy do soku w dal. Ja byłem bardzo dynamiczny i te przeskoki nie sprawiały mi kłopotu przy pokonaniu dziesięciu serii. Niektórzy koledzy mordowali się niemiłosiernie i trochę oszukiwali. Po latach Edek przyznał się do swojego błędu, który skutkował m.in. tym, że będąc w Legii miałem kłopoty z kręgosłupem, a konkretnie z rwą kulszową. Szkoda, gdyż ta kontuzja zachwiała moją karierą.

W moim debiucie w Legii ze Śląskiem we Wrocławiu (0:0) zmuszony byłem zejść z boiska w 75 min. Oczywiście w następną środę nie pojechałem na mecz pucharowy bodajże do Nantes. Trener Jaroslav Vojevoda stwierdził i słuszne, że na wycieczkę nikogo nie będzie brał. Później do końca rundy jesiennej biegałem dookoła boiska a inni normalnie trenowali. Na dodatek dr Soroczko leczył mnie na mięsień dwugłowy, a ja miałem problemy neurologiczne. Dopiero seria zastrzyków witaminy B12 dała pożądane efekty, a ja na dodatek przez okres pół roku chodziłem ze skórką kota zawiązaną w okolicach lędźwi. Szkoda, że nie oszukiwałem tak jak inni podczas tych skoków. Nauczony smutnym doświadczeniem w swojej pracy trenerskiej nigdy nie robiłem podobnych ćwiczeń szczególnie z młodzieżą. Na marginesie chcę powiedzieć, że dziś nie mam kłopotów z kręgosłupem, gdyż podobno dobrze wyleczona rwa kulszowa nigdy nie wraca.