Prezes, tylko nie przeklinaj!

Kibice Avii oraz Broni Radom na drugoligowych derbach z Górnikiem w Łęcznej w 1997 roku.

Minęło już grubo ponad trzydzieści lat od chwili, gdy na stadionie w Świdniku pojawiła się pierwsza zorganizowana grupa kibiców, zwanych kiedyś neutralnie szalikowcami. Skąd się wzięła? Kto jej przewodził? No i jak się zaczęła święta wojna z Motorem? Jeśli chcecie się dowiedzieć, zapraszam do lektury zamieszczonego poniżej monologu ”Prezesa”, dawnego szefa fanklubu Avii.
Poniższy tekst powstał w maju 1998 roku. Usiedliśmy z „Prezesem” na ławce obok kina Lot, włączyłem dyktafon, a mój rozmówca zaczął wspominać. Niestety od tamtej pory nigdy nie było okazji, aby te wspomnienia opublikować. Postanowiłem to w końcu zrobić na własnej stronie poświęconej Avii. Uważam, że historia kibiców to także część historii klubu. Część na pewno czasami kontrowersyjna. Ten kto doczyta ten tekst do końca przekona się jednak, że bycie prawdziwym kibicem nie oznacza ciągłego kroczenia drogą burd i zadym.
Opowieść „Prezesa” zamieszczam w całości, dokładnie taką, jak ją spisałem z taśmy magnetofonowej piętnaście lat temu…

W połowie lat 70-tych byłem knotem, ale pamiętam, że już wtedy istniał w Świdniku klub kibica, skoncentrowany głównie na siatkówce. Avia grała w I lidze i całkiem dobrze sobie radziła. Chodziłem na prawie każdy mecz. Po spadku siatkarzy do II ligi zorganizowane kibicowanie ustało. Odrodziło się dopiero po następnym awansie, już z moim udziałem. Było nas około 50 osób, a ja w tym chyba najmłodszy. Pamiętam, że kręcił się z nami Krzysiek Korczyk, późniejszy piłkarz. Ktoś uszył flagę, pojawiły się ręcznie tkane szaliki. Dostawaliśmy tańsze bilety od klubu. Przetrwało to jakiś rok. Poszło o bezpłatne wchodzenie na stadion i halę, przy okazji zespół znowu spadł do II ligi i wszystko się rozleciało.

Oczywiście nadal chodziłem na mecze, siadywałem w stałym miejscu wśród starszych chłopaków. W 1982 roku postanowiliśmy odnowić klub kibica, sformalizować układy z kierownictwem Avii. Jakoś nikt nie kwapił się pójść na rozmowę do prezesa, którym był wtedy pan Jerzy Miciul i w końcu grupa wytypowała mnie, mimo że byłem przeciętnie o kilka lat młodszy od innych. Prezes zgodził się pomóc, dał nam regulamin, imienne legitymacje. Tak zaczęło się coś naprawdę wspaniałego, prawdziwe kibicowanie, wyjazdy na mecze.

Od początku wszystkie kontakty z klubem – załatwianie autobusu, darmowych wejściówek – były moim zadaniem. Chłopcy mi ufali i jakoś tak wyszło, bez żadnych sprzeciwów, że zostałem „Prezesem”.

Pierwszy nasz wyjazdowy mecz, zorganizowany przez klub kibica to było spotkanie z warszawską Polonią.* Jednocześnie nawiązaliśmy pierwsze kontakty z kibicami innego klubu, powstała długoletnia zgoda. Dlaczego z akurat z Polonią? Nie lubiliśmy Legii, bo wykupiła ze Świdnika najlepszych siatkarzy, na czele z Tomaszem Wójtowiczem. No i Legia trzymała w tamtym czasie z Motorem. Na lini Lublin – Świdnik do tego momentu był spokój, zresztą ruch młodocianych fanatyków dopiero się rodził. Konflikt powstał, traf chciał, właśnie na stadionie Polonii przy Konwiktorskiej podczas meczu Polonia – Motor, sezon później. Kibiców z Lublina pojawiło się około tysiąca, przyjechali specjalnym pociągiem, bo Motor zmierzał do pierwszej ligi. Przyszli Legioniści. No i kibice Polonii, która żegnała się z drugą ligą – pięćdziesięciu w otoczeniu milicji, a wśród nich nas trzech ze Świdnika: Zielik, Artur i ja. Sytuacja nieciekawa i bardzo napięta. Wyciągnęliśmy flagę z napisem „FKS Avia”. Kiedy zobaczyli ją kibice Motoru, zaczęła się wzajemna nienawiść. Trwa ona do dziś.

Jakiś czas później ** nasi trafili w Pucharze Polski na Motor. Szykowaliśmy się specjalnie na ten mecz, kiedy okazało się, że zostanie on przeniesiony do Lublina. Zaogniło to tylko konflikt pomiędzy kibicami. Po prostu musiało dojść do zadymy, to wisiało w powietrzu. No i rzeczywiście, był „straszny dym”, straciłem wtedy mój pierwszy i jedyny szalik, jednocześnie znalazłem się w szpitalu z raną ciętą od noża. Skasowali nas dokładnie, lecz grali wtedy w I lidze i mogli uczyć się od „najlepszych”, podczas, gdy my wychodziliśmy dopiero na orbitę. Tak zaczęła się ta lubelsko – świdnicka święta wojna.

Ponieważ Motor grał wtedy w pierwszej lidze, a my krążyliśmy pomiędzy drugą i trzecią, nie dochodziło do spotkań pomiędzy naszymi klubami. Radziliśmy sobie w inny sposób. Łączyliśmy swoje siły z zaprzyjaźnionymi klubami z pierwszej ligi, takimi jak ŁKS albo GKS Katowice i wspólnie organizowaliśmy doping na Alei Zygmuntowskiej. Motorowcy robili oczywiście podobnie i co jakiś czas nawiedzali nasz stadion. Po jednej z wielu zadym na stacji kolejowej w Świdniku zostaliśmy oficjalnie potępieni jako klub kibica, odcięto się od nas, zlikwidowano darmowe wejściówki oraz pomoc przy organizowaniu wyjazdów.

Nie wiem, czy pamiętasz to miejsce, gdzie kiedyś był pierwszy świdnicki przystanek autobusowy? Ulica Turystyczna, obok boiska Świdniczanki i pawilonu zwanego przez miejscowych „Sekwaną”. Myśmy zaczęli tę akcję. Tam zawsze stała kolejka oczekujących na kurs. Podchodziliśmy we dwóch, trzech i zbieraliśmy legitymacje; jeśli trafiło na kogoś z Lublina, to nie było ważne – kibic, nie kibic – dostawał strzał. Za pochodzenie. Zaczęło się u nas, ale szybko przechwycili to chłopaki ze Lublina i od tamtej pory zaczęły się polowania na przystankach. Następnym krokiem były nasze wyprawy do Lublina po szaliki. Wysiadaliśmy koło kościoła „Ave” i szliśmy Wolską, wtedy Armii Czerwonej. Najczęściej na przystanku łapaliśmy jakiegoś „Reksa”, zabieraliśmy mu szalik i umykaliśmy na dworzec, do pociągu. Czasem zapędzaliśmy się aż pod kawiarnię „Olimpijkę”, która mieściła się w hali. Czekało się aż któryś wyjdzie i kasowało frajerowi szalik. Łupy bywały pokaźne.

Pamiętam nasz pierwszy wyjazd do Kielc na Koronę. Miejscowi chcieli nas kasować, bo utożsamiali Świdnik z Lublinem, a nas z Motorem. Spotkaliśmy się na stacji. Miałem wtedy na nodze szaliki Legii i Motoru, przywiązane nad kolanem. Tamci szybko zorientowali się w sytuacji. Bardzo spodobały im się moje trofea, za co dostałem czapkę kieleckiego milicjanta. Zaprosili nas do najlepszego lokalu w mieście , który nazywał się „Biruta”, co druga piosenka zapowiadana była: dla kibiców Avii od kibiców Korony. Kiedy chciałem zapłacić przy wyjściu, mało się na mnie nie obrazili.

Pod koniec lat 80-tych związałem się z katolicką grupą młodzieżową „Metanoja”, która działała przy świdnickiej parafii. Zmieniło się moje spojrzenie na kibicowskie sprawy. Zaczęło razić mnie chamstwo i wulgarność rodząca się na trybunach stadionów. Wciąż jednak kierowałem chłopakami, starając się tonować naturalne w takim towarzystwie wybryki, konflikty. Czasami, zapodając pieśń, słyszałem jak ktoś żartobliwie zza moich pleców wypalał: „Prezes, tylko nie przeklinaj!”

Powyżej kibice Avii na derbach z Motorem w Lublinie (rok 1995 ?). Zdjęcie pochodzi z Kuriera Lubelskiego.


Kibice w Świdniku do dzisiaj pewnie pamiętają jedyne zwycięstwo Avii z Motorem odniesione na lubelskim stadionie.*** Motor spadł po dłuższym pobycie z I ligi, Avia dobrze radziła sobie w II lidze. Mieszkałem już wtedy w Lublinie i oddaliłem się od naszej „nabojki”, nie jeździłem na mecze wyjazdowe. Chłopcy poprosili mnie o zorganizowanie wyjazdu i dopingu w Lublinie. W gazetach pisali, że było nas ośmiuset. Ja liczę, że około pięć, sześć setek, ale i tak był to największy w historii wyjazd kibiców Avii Świdnik. Dwa sektory za bramką były przez nas zajęte. Przed meczem postawiłem chłopakom warunek, że skoro prosili mnie o pomoc, to na trybunach rządzę tylko ja. Zgodzili się. Nie padło żadne przekleństwo, był to także najkulturalniejszy wyjazd świdnickich kibiców. Do tego Avia wygrała prestiżowy pojedynek 3-0 za co zarobiła jeszcze dodatkowy punkt.

Ostatecznie wycofałem się z pierwszej linii, rozpocząłem studia. Potem wyjechałem za granicę. W Holandii chodziłem na mecze Feyenoordu i z podziwem obserwowałem widowiska z udziałem piłkarzy i kibiców przeciwnych drużyn. To było niesamowite! Kolorowy tłum na pięknym, funkcjonalnym stadionie. Oczywiście, że wykrzykiwali na siebie tak samo, jak nasi kibice w Polsce, ale nie było widać wściekłego zacietrzewienia i brutalności.

Po powrocie do Polski zetknąłem się z nowym pokoleniem fanów, których nazywano już pseudo-kibicami. Wybrali mnie nawet na powrót prezesem, pojechaliśmy na jakiś mecz, ale to już nie było to. Nie czułem się dobrze w ich towarzystwie. Zacząłem siadać po drugiej stronie stadionu.

Ostatnio dogadałem się jednak z chłopakami ze starej paczki w sprawie wyjazdu na któryś z meczów najbliższej rundy. Wsiądziemy do pociągu, my trzydziestolatki i starsi, i pojedziemy obwiązani szalami dopingować naszą ukochaną drużynę. Teraz to już dobrze wiemy na czym polega miłość do piłki, do tego, co zajęło nam około dziesięć lat życia, czym żyło się tygodniami w oczekiwaniu na kolejny mecz. To mi chyba nigdy nie przejdzie, bo mówiąc nieskromnie, jestem największym kibicem Avii Świdnik.

14 maja 1998

* Chodzi o mecz Polonia – Avia (1:2) w dniu 1 maja 1983 roku.
**  Było to 6 września 1983. W Pucharze Polski Motor wygrał z Avią 3:2.
*** Chodzi o jedyne zwycięstwo Avii z Motorem w Lublinie w rozgrywkach II ligi. Było to 4 października 1987 roku.

Jedna myśl nt. „Prezes, tylko nie przeklinaj!

  1. no ale z tym tysiacem Motorowców na Polonii przesadziłeś Wtedy tylu nie chodziło
    W 1983r ze Stala Mielec Motoru u siebie 400-450 osób.Wtedy oprócz ekip ze Ślaska i Warszawy nikt nie pojechał by tysiacem.a co do Motoru i Avii w 1985rObie ekipy po 500 osób.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *