Adam Adamus wspomina: – Miałem rozrywkowy charakter

Na zdjęciu ekipa piłkarzy i bokserów Avii podczas wyjazdu do Krynicy w grudniu 1972 roku. Trzeci od lewej Wiesław Grudziński, a dalej Adam Adamus i Jerzy Wiater (pięściarz Avii).

Prezentuję dziś czwartą, kto wie czy nie najciekawszą część wspomnień Adama Adamusa. Tym razem zapytałem pana Adama o to, jak wyglądało pozasportowe życie piłkarzy Avii.

Oj działo się, działo! Byłem młody, byłem kawalerem, była kasa, trudno więc było żyć jak mnich czekając na kolejny mecz, czy też trening. Pokus było zawsze wiele. Po meczu przeważnie chodziliśmy do tzw. „baraczku” tuż przy stadionie na potańcówki, czy też na dansing, dziś pewnie powiedziałoby się, że na dyskotekę. Cała świdnicka młodzież tam chodziła. Jasiu Sputo, mimo że był w Świdniku z żoną, na co dzień też z nami chętnie chodził i jak pamiętam obojętnie czy po wygranym, czy też przegranym meczu mówił: „Idziemy spalić baraczek”.


Piwka nie odmawiałem

Były też imprezy w pobliskim domu kultury, który znajdował się też blisko torów kolejowych, ale od strony miasta w porównaniu z ”baraczkiem”, lecz chodziliśmy tam stosunkowo rzadko. Ja, jak mi się wydawało, miałem charakter rozrywkowy, lubiłem tańczyć, śpiewać, piwka też nie odmawiałem, ale najwyżej przez dwa dni po meczu. Nie wstydzę się tego pisać, gdyż nie zostałem żadnym pijakiem, a dziś w swoim środowisku jestem szanowanym trenerem, czy też nauczycielem.

My, tak zwani ludzie trenera Gracza, mieszkaliśmy w hotelu przy basenie. Trener Gracz też tam mieszkał. Pamiętam jak pewnego ranka (11 lutego 1972 roku – przyp. Mach) właśnie pan Mieczysław biegał po pokojach krzycząc, że mamy złoty medal, mamy złoty medal! Chodziło o pamiętny skok Wojciecha Fortuny na zimowych igrzyskach w Sapporo. Trener wysłuchał tą wiadomość we wczesno-porannych wiadomości radiowych i z radości ze wszystkimi chciał się nią podzielić. W tym hotelu miałem okazję spotkać się i porozmawiać ze słynnym trenerem Papą Sammem. Pewnie sekcja bokserska zaprosiła go z jakiejś okazji, albo akurat reprezentacja pięściarzy przyjechała do Świdnika na zgrupowanie. Pytałem go z wypiekami na twarzy o Leszka Drogosza, jako że był on wychowankiem mojego macierzystego klubu, Błękitnych Kielce. Drogosz był dla mnie absolutnym idolem, czarodziejem ringu. Na żywo oglądałem jego kilkanaście walk. Na pytanie o Drogosza, ku mojemu rozczarowaniu, trener Stamm stwierdził na swoistym luzie, że to był bokser, który nie miał mocnego uderzenia. Rzeczywiście Drogosz nigdy nie wygrał przed czasem. Poznałem tam też Ryszarda Petka, mistrza Europy, czy kolejną sławę bokserską, trenera Józefa Krużę, który trenował drużynę Avii.

Tu także wyjazd do Krynicy. Adam Adamus z prawej. Po lewej Andrzej Oryszko, w środku pięściarz wagi ciężkiej Jerzy Wiater.


Restauracje i kawiarnie

W hotelu robiliśmy sobie śniadania i kolacje, a na obiady chodziliśmy do restauracji, której nazwy już nie pamiętam (Świdniczanka – przyp. Mach). Była też druga restauracja na przeciwko wspomnianego wcześniej Domu Kultury (chodzi zapewne o Lotniczą – przyp. Mach). Tam też można było spotkać naszych piłkarzy na piwku, najczęściej Henia Szymkiewicza i Bogdana Bukowskiego. Obiady jak Bóg dał. Dzisiaj ma się często zastrzeżenia o jakość potraw w restauracjach, a co dopiero w tamtych czasach. Pamiętam tają sytuację z jednego z pierwszych treningów z trenerem Serafinem na hali przy basenie. Treningi odbywały się wcześnie rano. Strasznie wtedy było czuć czosnkiem, do tego stopnia, że nie mogłem wspólnie trenować. Oczywiście, ku mojej irytacji, chyba właśnie Heniek Szymkiewicz miał najwięcej radochy. Wiadomo o co chodziło z tym czosnkiem.

Często chodziliśmy do kawiarni blisko dużego placu na rogu przy głównej ulicy (nazywała się Ja i ty – przyp. Mach). Znaliśmy dobrze właścicieli i kawiarnia dla „specjalnych” gości, takich ja